Tutaj muszę Wam się przyznać, że w zasadzie będzie to mój pierwszy tort w życiu. Bardzo dawno temu zrobiłam co prawda jedno podejście, ale to co wyszło, nie smakowało ani nie wyglądało jak tort.
Pewnie dlatego na pierwsze urodziny mojego dziecka zamówiłam tort w cukierni, ale na drugie z pewnością już upiekę sama. Myślę że do tego czasu nabiorę całkowitej wprawy.
Zapraszam wszystkich do upieczenia ze mną pierwszego torciku, który może nie wygląda jak te zza szyb cukierni, ale za to (jak zwykle nieskromnie) – smakuje wyśmienicie 🙂
Przepis (jak wiele na blogu) z zeszytu mojej ś.p. mamusi…
Składniki:
Biszkopt:
- 5 jajek
- 5 łyżek mąki (czubatych)
- szklanka cukru kryształowego
- łyżeczka proszku do pieczenia
Krem:
- 1 kostka masła (1,5 kostki jeżeli tortownicę macie większą niż moja – średnica 22 cm)
- 400-500 ml gęstej śmietany
- 1 cukier waniliowy (mały)
- 7 łyżek cukru pudru
- zapach do ciast (ja użyłam cytrynowy – pół buteleczki)
Dodatki:
- odrobina spirytusu
- wiórki kokosowe
- pomarańczka
Zaczynamy od oddzielenia żółtek od białka. Żółtka rozcieramy mikserem. Osobno ubijamy białka mikserem na sztywną pianę (trochę to trwa), dodając po trochu cukier. Następnie wlewamy do nich żółtka i delikatnie mieszamy. Mąkę przesiewamy na sitku razem z proszkiem do pieczenia. Łączymy całość delikatnie mieszając.
Tortownicę smarujemy masłem i wlewamy do niej masę. Pieczemy w piekarniku w temp. około 180-200’C przez jakieś 30-35 minut.
Jak widzicie, delikatnie przypaliłam biszkopt… Nie ukrywam że miałam przy tym na początku dużo nerwów, potem jednak śmiechu. To dlatego że przypomniało mi się, że taka historia często się też zdarzała mojej mamie 🙂 I tak jak i ona, zaczęłam po ostygnięciu go ratować, odkrawając przypalone elementy – podjadając je tak jak wtedy, gdy byłam dzieckiem 🙂 Dzięki temu przekonałam się, że biszkopt jest dobry, słodki, nie przeszedł spalenizną i spokojnie można go „ratować” – tj. kontynuować przyrządzanie torciku.
Po ostygnięciu, przekrajamy tort wzdłuż na pół i możemy go delikatnie nasączyć odrobiną spirytusu.
Krem – miksujemy masło razem z cukrem waniliowym, cukrem pudrem (możecie dodać mniej łyżek – próbujcie w trakcie), zapachem (połową buteleczki) i śmietaną, którą powoli w trakcie miksowania dodajemy. Już po krótkim czasie zauważycie, że masa przybrała konsystencję kremu.
Przekładamy biszkopt kremem, zamykamy i smarujemy z zewnątrz. Zostawiamy trochę kremu na dekorację. Całość posypujemy wiórkami kokosowymi. Na górze robimy wzorek z pozostałej ilości kremu. Wyszedł dość blado, więc dokładnie myjemy, a następnie parzymy pomarańczkę, kroimy w plasterki i na pół i przyozdabiamy go na górze.
Mam nadzieję, że jak zobaczyłyście przygotowania do niego na zdjęciach, to nikt się nie zraził – wyszedł naprawdę super. Nie za słodki, nie za mdły, nie za ciężki ani nie za lekki – może jeszcze tylko trochę wizualnie niedopracowany. Znalazłam jednak paru „testerów” i nie spotkałam się ze słowami krytyki, więc z całą odpowiedzialnością mogę wam go polecić 🙂
Za jakiś czas postaram się o kolejny. Może na moje urodziny…?
Tagi: banany, tort
Wygląda wspaniale 😉 masz talent do torów 🙂
Robi wrażenie:)
O jaki piękny tort.
Ja ostatnio wczoraj też robiłam tort też dopiero zaczynam.
piękny 😉 polecam mój ostatni tort, prosty a pyszny 😉
Pozazdrościć można takiego debiutu! Tort jak marzenie:)
Też nie jestem specjalistką w tortach, ale no wyszedł Ci świetnie jak na pierwszy!
Biszkopt wyrósł bajkowo!:)pozdrawiam
Bardzo ładny Ci wyszedł 🙂
Pierwszy i od razu taki piękny!